boli mnie głowa.

Robię łańcuch. Taki na choinkę, z kółeczek. Wycinam paski, potem sklejam i dołączam kolejne. Super zabawa.

Kolorów mam 8. Zielony, niebieski, czerwony, pomarańczowy, żółty, fioletowy, jasnozielony i jasnoniebieski. (Był jeszcze czarny, ale go odrzuciłam bo był czarny.) Nawet sobie nie wyobrażacie na ile sposobów można je wszystkie połączyć! Bez powtórzeń. (Może niektórzy z was już policzyli. W sumie nie wiem kto to czyta :D ). Ja w każdym razie nie wiem ile jest takich kombinacji, ale Ania_Moja_Mała_Siostra twierdzi że duuużo. Słuchajcie Ani, Ania jest mądra. :)

W zasadzie od soboty nie robiłam nic bardziej ambitnego od łączenie paskówk kolorowego papieru za pomocą kleju (za pomocą śliny byłoby ambitnie), a i to tylko ze względu na wzgląd –> nudzi mi się. A co ze szkołą? -spytacie. Otóż, jestem chora i szkoła odpłyneła na dalszy plan mojego życia (z przedostatniego planu na ostatni), a sprawą pierwszorzędną stało się zdrowie. Co oznaczy tyle, że wałęsam się po domu, pokładając się na każdy mijanym łóżku, a w drodze od jednego do drugiego jęczę i smarkam.
I nudzi mi się. Nawet czytać za bardzo nie mogę bo skupienie wzroku na tych malutkch litereczkach na dłużej niż 10 sekund jest dla mnie tak trudne jak zrobienie zadania 12.29 w Kruczku :D (przepraszam za nieco tendencyjne porównanie…).

Myślę, że ten tekst jest długi. Nie chce mi się go czytać, więc pewnie są tam w nim jakieś błędy, ale przeżyjecie. Dobranoc.

Published in: on 17 Grudzień 2008 at 4:03 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , , , ,

Dlaczego nie powinny boleć mnie zatoki

Mój organizm chyba wyczuł zbliżającą się jesień. Jest się czym chwalić? Nie sądzę. W zasadzie wystarczy spojrzeć przez okno, aby pozbyć się wszelkich wątpliwości co do nadchodzącej pory roku (ewentualnie jesień można pomylić z nadchodzącą zimą…).

23 września jeszcze nie nadszedł, ale mój coroczny ból zatok nie przejął się tym zanadto i wspomagany przez katar, wykorzystał sprzyjające warunki atmosferyczne. Tak jest: umieram. Zatkana lewa strona nosa, lewa zatoka i lewa połówka mózgu sprawiają, że moja głowa przechyla się znacznie w lewo (nigdy nie lubiłam LEWEJ strony).
Z prawą jest lepiej aczkolwiek i ta nie próżnuje: mimo iż nie jest do końca zapełniona śmierdzącą wydzieliną nieznanego pochodzenia, to jest w niej jej na tyle dużo, że oddychanie przez nią jest niemożliwe. To z kolei oznacza, że jestem skazana na oddychanie przez usta, a to skutkuje ni mniej ni więcej jak bólem gardła.
Gardło z resztą nie tylko boli, ale także… ojojojoj, co też ja robię! Opisuję swoją chorobę tak jakby było w niej cos godnego uwagi. A godne uwagi jest tylko to, że wczoraj było gorzej, a więc (zakładając arbitralnie, że mamy do czynienia z funkcją monotoniczną) jutro zapewne będzie lepiej.

Ciekawą wydaje mi się jeszcze jedna sprawa. Skąd u mnie skłonność do zapchanych, zawalonych, bolących i śmierdzących zatok? Teoretycznie nie powinnam jej posiadać. A przynajmniej tak powiedziano moim rodzicom, gdy zgodzili się… A może opowiem? :) Posłuchajcie więc:

Wigilia roku ’97. Zapadł już zmrok i wszystko było przygotowane do tradycyjnej wieczerzy. Brakowało tylko pierwszej gwiazdki, której, jak co roku, dzieci z tęsknotą wyglądały przez okno. Wśród mojego rodzeństwa (w liczbie dwóch, płcie różne, wiek różny) byłam i ja. Jak zwykle z katarem.
Nagle… zobaczyłam ją! I byłam pierwsza! Pobiegłam więc do mamy, do kuchni najszybciej jak umiałam chcąc oznajmić jej iż “CZAS ZACZĄĆ!”. Nie zdołałam jednak. Zaczęłam dusić się…
Co wydarzyło się między tamtym momentem, a tym w którym znalazłam się w szpitalu? Nie pamiętam. Nie sądzę jednak, abym zemdlała. Może zasnęłam, może za bardzo się bałam aby kontaktować normalnie.
Pamiętam jednak szpital. Był biało-lazurowy. W kolorach najbardziej pasujących do funkcji przezeń pełnionych. Pamiętam jak usadzono mnie na ogromnym fotelu, podobnym nieco do tych w gabinetach stomatologicznych, jak moja mama biegała w tą i z powrotem próbując uzgodnić coś z młodym i sprawiającym niepewne wrażenie lekarzem. Pamiętam, moment w którym ów lekarz powiedział do mnie “tu jest tak jak u dentysty, nie ruszaj się. Tylko tutaj możesz mówić. Jak coś będzie bolało, to mów, a nie ruszaj się”. Wtedy zaczęło do mnie docierać, że będzie bolało. Zaczynałam się bać, lecz nie ruszałam się z miejsca, nie odzywałam się. Do dni dzisiejszego dziwi mnie to, jak stosunkowo małe przerażenie wywołał u mnie widok grubej igły o długości 20-25 cm (i nie jest to moja subiektywna ocena, jest bowiem potwierdzona przez mych rodzicieli). Oczywiście nie było mi miło, gdy widziałam jak zbliża się do mojego nosa, jak już jest w środku i gdy czułam że już zaraz zacznie boleć…
Pamiętam jak wbiła się w tył mojego nosa, w chrząstkę. Pamiętam wyraz skrajnego cierpienia na twarzy mojej mamy. Wtedy myślałam, że to ją coś boli. Teraz wiem, że bolał ja MÓJ nos. Osobiście bólu nie pamiętam. Może go nie było, może zostałam na tyle znieczulona, że faktycznie nic nie czułam.
Jest jednak jedna rzec, której chyba nigdy nie zapomnę. Kiedy już wszystkim, łącznie ze mną, wydawało się, że młody lekarz dokonujący punkcji mego nosa dopiął swego i zakończył dzieło, on wyjmując igłę z dziurki, rzecze “oj, to jednak nie tu… musimy spróbować jeszcze raz…”.

W końcu mu się udało. Po powrocie do domu mama powiedziała mi, że lekarz zapewnił ją że taka ‘operacja’ zakończy wszelkie problemy zatok i że będę miała spokój z zatokami do końca życia.

Cóż, mylił się. Bywa.

Published in: on 21 Wrzesień 2008 at 10:45 am  Komentarze (2)  
Tags: , ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.