Kiedy czlowiek jest daleko od domu, a otaczajaca go rzeczywistosc jest inna niz rodzima (nie ma polskich literek w klawiaturze na ten przyklad…) i kiedy najwiekszym jego problemem jest wybór* pomiedzy tostem z miodem a tostem z brazowa packa o nazwie MARMITE to czlowiekowi chce sie zyc. I nie koniecznie chce sie wracac do szkoly.
Oj NIE.
A prawda jest taka, ze biezacy sierpien spedzam w Anglii, w Wareham u ludzi których jeszcze miesiac temu nie znalam, a dzis… znam. Znam bardzo dobrze. Ale to nie jest istotne! Istotne jest to, ze w sobote bylam na weselu. Tak jest – angielskim. A ze tutaj pi legalnie mozna od 17 lat, a oni kojarza Polske glównie z wódka… Nie moglam zawiesc ich oczekiwan, prawda?
Wesele na szczescie nie bylo duze i nie bylo calonocne, ale i te 100 osób z hakiem które wypowiaday do mnie w wiekszosci pare zdan, których sens ogólny miesci sie w zdaniu:
- Poland? Would you like a drink then? Oh, sorry there is no vodka…
Byli mna zachwyceni ;D
Osobiscie, goraco i szczerze polecam samodzielne, samotne i nieco przerazajace podróze w nieznane.
_________
* to nie jest ‘u’ kreskowane. To jest o z akcentem.
_________
Napisze wiecej i dokladniej i szczegolowiej jak wroce do Ojczyzny albo jak dostane gdzies klawiature z polskimi znakami. Argh.