Najlepszy film o niczym jaki miałam przyjemność oglądać. Film, w którym nie dzieje się nic. Naprawdę! K O M P L E T N I E N I C. Mimo to, uważam że był świetny, fenomenalny, fantastyczny i genialny. Jak to możliwe? Magia
Siedzę na fotelu w kinie. Obok mnie Ola. Film jeszcze się nie zaczął: rozmawiamy. Pytam czy wie o czym to w ogóle ma być. Mówi, że niby coś czytała, ale wszędzie pisali jakoś tak że w sumie nie wie. Ja też coś czytałam i też nie wiem.
Film:
……………………………………………………
………….
Dialog:
- Pomyłka
- Zdarza się
Publiczność wybucha śmiechem. Ja również.
…………..
…………
Na ekranie ukazuje się wysprzątane mieszkanie: lekkie śmiechy na widowni.
Główny bohater, Jacobo, ogląda swoje posprzątane mieszkanie: umieramy ze śmiechu.
………..
Było jeszcze wiele takich scen. Zapytacie co w nich śmiesznego? Nie wiem. One po prostu śmieszyły. Co więcej, mimo tego śmiechu film ten wydaje mi się raczej dramatem. Mimo tego że NIC się w nim nie działo. A może właśnie dlatego…
Było jeszcze wiele takich scen: równie nudnych co śmiesznych. Aż nagle… film się skończył. I dopiero wtedy, albo nawet po dłuższej chwili zastanowienia, odkryłam jak wiele w tym filmie się NIE WYDARZYŁO. Sceny wołające o akcje, prowokujące ją zostały bezczelnie powstrzymane i uduszone w zarodku. Nie pozwolono im się rozwinąć. Bohaterowie im nie pozwolili.
Wróciłam do domu i na pytanie Taty “No, to może powiesz Mi* wreszcie o czym był ten film?” powiedziałam “Nooo, on był… fajny.”. Nie ma co, wykazałam się elokwencją
. No bo o czym on był: o tym, że myślałam że się pobiorą ale tego nie zrobili? o tym, że myślałam że się pokłócą, ale tego nie zrobili? o tym, że myślałam że będą razem spali, ale oni tego nie zrobili? (za pierwszym razem rozsunęli łóżka, za drugim on spał na kanapie, za trzecim ona.) o tym, że myślałam, że COŚ się stanie, ale się nie stało? …
Właśnie sobie uświadomiłam że nie znam zbyt wielu filmów, które by tak, w taki dziwny sposób, pobudzały do refleksji.
Polecam.
(A tytuł to “Whisky” [czyt. "łiki"]. Tytuł to jedna z najbardziej zaskakujących rzeczy w całym filmie
)
______________
* Mój Tata naprawdę potrafi to powiedzieć wielką literą. I czyni to z lubością
Film o niczym- w pierwszej chwili myślałam, że dzięki temu bedzie duża możliwość własnej interpretacji i ogromne pole dla wyobraźni ogladającego. A tu całkiem odwrotnie, bo bohaterowie zręcznie wracali do rutyny, monotonii i udawania, tylko sam koniec i moment, kiedy Marta dała list bratu Jacobo pozwolił na domysły.
Film o niczym- ale jednak wciągnął i to bardzo:) A ten śmiech, gdy widzimy to sprzątnięte mieszkanie – to chyba dlatego, ze poznaliśmy tą jego codzienną monotonię.
Film o niczym- a jednak ta monotonia mi się najbardziej podobała:) No i urugwajskie uliczki, zwyczaj picia yerba mate
Film o niczym- a wciąż mam wrażenie, że można o nim mówić i mówić…:)
no właśnie, jednym słowem MISTRZOSTWO. A mi sie najbardziej podobał język hiszpański na zwolnieniu (o ile normalnie hiszpański wydaje mi się nienaturalnie przyspieszony to tym razem był tak woooolny, że aż za wolny. Ale to tylko poglębiało to co miało pogłębić).
ale to brzydkie więc nie będe tłumaczyć ;P
I znam nowy zwrot: HIJO DE PUTA
a może ten film wcale nie był o niczym, tylko o tym wszystkim co się w nim nie wydarzyło…
czyli ten film jakby wcale się nie skończył, tylko wciąż trwa gdzieś w myślach każdego oglądającego, który tworzy własny scenariusz…
jednym słowem film o niczym był o wszystkim hmmm…