Dlaczego nie powinny boleć mnie zatoki

Mój organizm chyba wyczuł zbliżającą się jesień. Jest się czym chwalić? Nie sądzę. W zasadzie wystarczy spojrzeć przez okno, aby pozbyć się wszelkich wątpliwości co do nadchodzącej pory roku (ewentualnie jesień można pomylić z nadchodzącą zimą…).

23 września jeszcze nie nadszedł, ale mój coroczny ból zatok nie przejął się tym zanadto i wspomagany przez katar, wykorzystał sprzyjające warunki atmosferyczne. Tak jest: umieram. Zatkana lewa strona nosa, lewa zatoka i lewa połówka mózgu sprawiają, że moja głowa przechyla się znacznie w lewo (nigdy nie lubiłam LEWEJ strony).
Z prawą jest lepiej aczkolwiek i ta nie próżnuje: mimo iż nie jest do końca zapełniona śmierdzącą wydzieliną nieznanego pochodzenia, to jest w niej jej na tyle dużo, że oddychanie przez nią jest niemożliwe. To z kolei oznacza, że jestem skazana na oddychanie przez usta, a to skutkuje ni mniej ni więcej jak bólem gardła.
Gardło z resztą nie tylko boli, ale także… ojojojoj, co też ja robię! Opisuję swoją chorobę tak jakby było w niej cos godnego uwagi. A godne uwagi jest tylko to, że wczoraj było gorzej, a więc (zakładając arbitralnie, że mamy do czynienia z funkcją monotoniczną) jutro zapewne będzie lepiej.

Ciekawą wydaje mi się jeszcze jedna sprawa. Skąd u mnie skłonność do zapchanych, zawalonych, bolących i śmierdzących zatok? Teoretycznie nie powinnam jej posiadać. A przynajmniej tak powiedziano moim rodzicom, gdy zgodzili się… A może opowiem? :) Posłuchajcie więc:

Wigilia roku ‘97. Zapadł już zmrok i wszystko było przygotowane do tradycyjnej wieczerzy. Brakowało tylko pierwszej gwiazdki, której, jak co roku, dzieci z tęsknotą wyglądały przez okno. Wśród mojego rodzeństwa (w liczbie dwóch, płcie różne, wiek różny) byłam i ja. Jak zwykle z katarem.
Nagle… zobaczyłam ją! I byłam pierwsza! Pobiegłam więc do mamy, do kuchni najszybciej jak umiałam chcąc oznajmić jej iż “CZAS ZACZĄĆ!”. Nie zdołałam jednak. Zaczęłam dusić się…
Co wydarzyło się między tamtym momentem, a tym w którym znalazłam się w szpitalu? Nie pamiętam. Nie sądzę jednak, abym zemdlała. Może zasnęłam, może za bardzo się bałam aby kontaktować normalnie.
Pamiętam jednak szpital. Był biało-lazurowy. W kolorach najbardziej pasujących do funkcji przezeń pełnionych. Pamiętam jak usadzono mnie na ogromnym fotelu, podobnym nieco do tych w gabinetach stomatologicznych, jak moja mama biegała w tą i z powrotem próbując uzgodnić coś z młodym i sprawiającym niepewne wrażenie lekarzem. Pamiętam, moment w którym ów lekarz powiedział do mnie “tu jest tak jak u dentysty, nie ruszaj się. Tylko tutaj możesz mówić. Jak coś będzie bolało, to mów, a nie ruszaj się”. Wtedy zaczęło do mnie docierać, że będzie bolało. Zaczynałam się bać, lecz nie ruszałam się z miejsca, nie odzywałam się. Do dni dzisiejszego dziwi mnie to, jak stosunkowo małe przerażenie wywołał u mnie widok grubej igły o długości 20-25 cm (i nie jest to moja subiektywna ocena, jest bowiem potwierdzona przez mych rodzicieli). Oczywiście nie było mi miło, gdy widziałam jak zbliża się do mojego nosa, jak już jest w środku i gdy czułam że już zaraz zacznie boleć…
Pamiętam jak wbiła się w tył mojego nosa, w chrząstkę. Pamiętam wyraz skrajnego cierpienia na twarzy mojej mamy. Wtedy myślałam, że to ją coś boli. Teraz wiem, że bolał ja MÓJ nos. Osobiście bólu nie pamiętam. Może go nie było, może zostałam na tyle znieczulona, że faktycznie nic nie czułam.
Jest jednak jedna rzec, której chyba nigdy nie zapomnę. Kiedy już wszystkim, łącznie ze mną, wydawało się, że młody lekarz dokonujący punkcji mego nosa dopiął swego i zakończył dzieło, on wyjmując igłę z dziurki, rzecze “oj, to jednak nie tu… musimy spróbować jeszcze raz…”.

W końcu mu się udało. Po powrocie do domu mama powiedziała mi, że lekarz zapewnił ją że taka ‘operacja’ zakończy wszelkie problemy zatok i że będę miała spokój z zatokami do końca życia.

Cóż, mylił się. Bywa.

Opublikowane w:  on 21 wrzesień 2008 at 10:45 am Komentarze (2)
Tags: , ,

Wiersz wieszcza obwieszcza

Adam Mickiewicz

W PÓŁ JEST ŻYDEM

w pół jest Żydem, w pół Polakiem,
W pół jakubinem, w pół żakiem,
W pół cywilnym, z pół żakiem,
Lecz za to całym łajdakiem.

**

Michnik?

Opublikowane w:  on 18 wrzesień 2008 at 6:50 pm Dodaj komentarz
Tags: , , ,

Pokutna herbatka i biadolenie zmarźniętego człeka.

Gorącą czekoladę popijam grzańcem zbójnickim. Grzańca, podgrzanym mlekiem. Mleko (zdaniem naukowców wybitnie niezdrowe, zdaniem mojej babci – “nie ma nic lepszego”, więc piję, bo w przeciwieństwie do naukowcych, babcia trwa przy swoim zdaniu od lat), herbatą (!). Herbatę popijam szybciej, bo herbaty nie lubię. Popijam czymkolwiek, w tym jedynym przypadku nie przeszkadza mi nawet lodowata woda, byleby tylko wypłukać z ust smak torebki zawierającej proszek niewiadomego pochodzenia w swym wnętrzu.

Od kilku dni nieustannie popijam. W samotności. Picie przerywane jest wizytami w tzw. miejscu odosobnienia (i nie mówię tu ani o kościele, ani o cerkwii, ani o żadnej innej świątyni. … chociaż gdyby istniała ŚWIĄTYNIA WYPRÓŻNIENIA…). Również samotnymi.

Wróćmy jednak do picia. Piję żeby zapomnieć - powiedział pijak w “Małym Księciu”. Ja też piję, aby zapomnieć. O czym? O temperaturze panującej wokół. O zerze bezwzględnym, które kamufluje swoją prawdziwą naturę, chowając się za rtęcią pokazującą 21 stopni Celcjusza na termometrze. Cóż, termometr kłamie. Innej możliwości nie ma.

Są za to moje zdrętwiałe palce u rąk, które wydają z siebie odgłosy niemego* sprzeciwu przy każdym uderzeniu w klawiaturę. Jest też moja stopa, a właściwie jej górna część… może nawet dolna łydki… w każdym razie występują na niej rany niewiadomego pochodzenia. Na obtarcie od buta za wysoko, na obtarcie przy upadku za nisko, a na stygmaty… O stygmatach się wie i tyle. xD

___________________________
* niemy odgłos? chyba nie mam mózgu…

Opublikowane w:  on 16 wrzesień 2008 at 5:21 pm Komentarze (2)
Tags: , ,

Początek nowego początku. Seria próbna.

Zimno mi. Od trzech dni jest mi zimno. Brzmi to banalnie, bo właśnie od trzech bodajże dni mamy do czynienia z chwilowym oziembieniem klimatu. I gdyby było mi zimno ze względu na te niesprzyjające warunki atmosferyczne to sprawa byłaby… właściwie to nie by jej nie było.
Ale jest.
Dlaczego?

Dlatego, że… chłód wewnętrzny bardziej ziębi. Jest bardziej niebezpieczny. On bardziej JEST, niż to zimno którego doświadczamy z zewnątrz. Tamto jest chwilowe, przychodzi z nieskończoności i do niej wraca. I nawet jak nie ma wystarczająco dużej (albo małej…) energi potencjalnej to i tak jest w stanie odejść. Wystarczy że nie ma ‘potrzeby’ pozostania w nas. Nie ma powodu. A wewnętrzny chłód?
Powstał we mnie, we mnie wzrastał i we mnie… pozostanie? Jest inne wyjście? Owszem, zawsze jest. Może wydostać się z mojego wnętrza do świata poza mną. Tam z kolei, zamiast znaleźć sobie jakąś neutralną przestrzeń, on odnajdzie innego. Człowieka.

A człowiek może już się nie odnaleźć.

________________________________________________________________________________

Dawno nie pisałam, wprawa już nie ta. (Napisałam to tak jakby moja wprawa kiedyś była ‘ta’… nie sugerujcie się :) ) Dlaczego nie pisałam? Mogę powiedzieć, że brak czasu, brak tematów, inspiracji, chęci…. Będzie to wszystko prawda. Ale ostania z trzech rodzajów prawd: gówno prawda. Nigdy wcześniej mi to nie przeszkadzało, nie miało dla mnie znaczenia to czy mam o czym pisać czy nie. Podchodziło się do monitora, kładło ręce na klawiaturze, a te same sobie radziły przy lekkim wsparciu ze strony oczu i rdzenia kręgowego (a mózg? mózg odpoczywał). Dlaczego teraz mając temat, mając początek nie jestem w stanie odnaleźć myśli i słów, które chcą zostać wyrzucone? One CHCĄ. Coś je blokuje.

Czasem jest tak, że człowiek się zagubi. Nie jest pewien kim jest, czego pragnie, co o nim stanowi. Nie ma pewności co do swojej osoby. “Nadrzędną wartością jest dla mnie miłość” – myśli, i nie wie czy to on tak myśli, czy tylko wymyślił sobie tą myśl. Zagmatwane? Postaram się prościej:
Jest klasówka. Z matematyki. Zrobiwszy 2 z trzech zadań, podchodzę do ostatniego, które okazuje się dla mnie trudne. Nie bardzo trudne, ale jednak. Zaczynam się nad nim zastanawiać, ale mój mózg nie jest dziś w najlepszej formie. Mam więc problem. Do dzwonka nie całe 15 minut. Wiem, że moje nerwy są napięte do ostateczności i że nie mam szans… Kartka koleżanki jest blisko. Bardzo blisko. Kątem oka widzę, że zadanie nr 3 ma rozwiązane… Zerkam, przepisuje pierwsze znaczki, potem kolejne, aż dochodzę do odpowiedzi. Zadanie okazuje się proste. Rozumiem je już w pełni, a przecież nikt mi go nie tłumaczył. To znaczy, że odpowiedź na nie jest moją odpowiedzią, prawda?
PRAWDA??

Jak, odczuwając w ten sposób siebie samego, można pisać o, a więc wywnętrzniać, swoje przekonania, opinie, doświadczenia (o samym sobie nie wspomnę). No jak?

Opublikowane w:  on 12 wrzesień 2008 at 7:01 pm Komentarze (4)
Tags: