Tak jest, zostałam Jeźdźcem Apokalipsy. I jest to bez wątpienia powód do strachu, jako że jedyny co taki jeździec może przynieść to Koniec Świata, Armagedon, Apokalipsa…
A jak Jeźdźcem Apokalipsy zostać? Trzeba znaleźć konia, stajnie bądź cokolwiek, wsiąść na to co się znajdzie (ja jednak proponowałabym konia) i wmówić sobie, że potrafi się na tym jeździć. Ot, cała filozofia – powiecie. Ale nie! w ten sposób zostaje się dopiero jeźdźcem (i to z małej litery). Ażeby stać się Jeźdźcem Apokalipsy należy dodatkowo notorycznie zapominać o piętach, które przecież trzeba trzymać nisko, bo inaczej coś-tam (o coś-tam też trzeba pamiętać!), o ramionach opadających luźno wzdłuż tułowia (wydaje się proste, ale moje ramiona spadały ZBYT luźno xD), o kolanach które mają przylegać do konia, o zgiętych łokciach, o tym że tyłek, wcale, ale to wcale mnie nie boli i o tysiącu innych rzeczach (już nie wspomną o nazwach, które powinnam pamiętać…). Jeśli spełnia się te warunki, to na pewno jedynym z czym Ty na koniu kojarzysz się swoim instruktorom jest Koniec Świata. Brawo.
I może moja aktualna jazda to… tragedia. I może nie mogę siedzieć, bo mnie okropnie tyłek boli, ale … JA CHCĘ NA KONIA!!!!!!!
To jednak wciąga…
UWAGA UWAGA! Bo ja… chciałam.. hihihi… chciałam pozdrowić moją… hihi instruktorkę radosną!… hihi
Aaaaaaaa! Halo, halo, tu radosna instruktorka.
I nie było tak źle ^^
Zawsze chciałam się nauczyć jeździć konno. No i oczywiście nic z tego nie wyszło. Za dużo innych zajęć, za mało czasu. Bywa. Ech…
Konia z rzędem dla Ciebie!
Oby Ci się Ago
hehe,