Jestem pilotem!

Jakiś czas temu kupiłam sobie samolot. Nie pasażerski, nie metalowy, nie duży i nie drogi (tu NIE ma błędów…). Wręcz przeciwnie: zrobiony z pianki, malutki i tani (1,50 zł). Wypatrzyłam go w sklepie z zabawkami i… musiałam mieć! Przez chwilę poczułam się jak dziecko, bo takie samoloty pamiętam z czasów, kiedy miałam nie więcej niż 9 lat. Może jakieś radosne, podświadome wspomnienie sprawiło, że tak gwałtowanie zareagowałam na jego widok. A może nie. Możliwe, że to właśnie brak spełnienia z dzieciństwa przyczynił się do mojego stanu. Nie wiem. Ciężko jest mi to oceniać, bo… bo tak. Tak jest i koniec. (Wydaje mi się, że niekiedy uzasadnienie jest niepotrzebne.)
Samolotem bawię się praktycznie codziennie od tygodnia. Rzucam samolot… a on leci! Powycinałam wspaniałe stery i naprawdę działają! Kiedy lotki na ogonie zegnę w dół, samolot nie chce lecieć do góry, tylko do dołu! A gdy prawą lotkę zegnę, a lewej nie, samolot skręca! Poza tym cały pokryty jest pięknymi malunkami (moja mama powiedziała, że są zwykłe… Ja jej dam zwykłe!).
Wybiegam na podwórko, samolot wyrzucony pod wiatr zmaga się z tym tyranem. Już, już miał wygrać bitwę, ale został zniszczony i spada. Łapię go i ponownie pobudzam do lotu. Tym razem zostaje uniesiony przez jakiś nieprzewidziany prąd powietrzny. Przez dłuższą chwilę szybuje w powietrzu, i choć tak upojne są te chwile to przerywa je nagłe lądowanie. Nie tylko nagłe. Również nieudane. Zdecydowanie. Samolot uderza dziobem w ziemię. Ehhh… Potrzebna naprawa! - krzyczy pilot do mechanika w mojej wyobraźni. Ten zbiera ekipę, oglądają razem maszynę. Po chwili pełnej napięcia słyszę orzeczenie: “Nic poważnego. Tylko śmigło trzeba podregulować”. Regulacja przebiega pomyślnie i znów śmigam w przestworzach…

Na początku tego roku stwierdziłam, że dorosłam (w końcu liceum i te sprawy). W ramach dorastania wróciłam do czytania Kaczora Donalda. Tym razem jednak, wypożyczam MegaGiganty i Giganty z biblioteki publicznej (co wskazuje na moją dojrzałość ekonomiczną).
Myślę, że dorosłość nie oznacza braku dziecinności. Myślę, że dorosłość to umiejętność ponownego odkrycia w sobie dziecka. Tak myślę… Nic więcej.

Opublikowany w: on 8 maj 2008 at 6:59 pm Komentarze (5)
Tags: , ,

Murzynek Bambo 2

To jest część druga. Ciąg dalszy części pierwszej. Część pierwsza dwa posty niżej, albo tu http://apiliszek.wordpress.com/2008/05/04/murzynek-bambo/
Zapraszam do czytania. :D
_________________________________________________________

- Wszystkie. Ale kilka już znam: ja ciem lubije. Dobrze?
- Nie. Powinno być lubię cię.
- Lu-bie cje.
- Bardzo ładnie.
- Ale ja tego nie powtarzam. Ja to mówię. Naprawdę.
- …
- Iestes piejkna. Ije-steśś pieenka.
- Uhm. Dobrze.
- Jesteś piękna.
- Tak, zrozumiałam.
- Powiedziałem to naprawdę. Powinnaś powiedzieć: dziękuję.
- Co? A tak, jasne: dziękuję.
Tym razem zamiast powrócić do książki, wykazałam się wielką inwencją i spojrzałam na komórkę, którą od dłuższego czasu bawił się mój rozmówca (żaden szpan…^^). I to okazał się w dużej części trafiony wybór, bo na tapecie miał Cristiano Ronaldo (na wygaszaczu, jak się później okazało, również). Murzyn musiał zauważyć moje spojrzenie bo spytał:
- Lubisz piłkę nożną?
- Ta-ak.
- A wiesz gdzie gra Cristiano Ronaldo? - chciał sprawdzić moją wiedzę? Idiota! Każdy wie gdzie gra Ronaldo…
- Ta. W Manchesterze.
- Wiesz… ja też jestem piłkarzem.
- O! - cóż, football ma swoją siłę.
- Gram w drugiej drużynie ŁKS-u.
- Wow.
- To jest w trzeciej lidze - i pokazał na palcach żeby nie było wątpliwości.
- Wow… - coraz mniej entuzjastyczne.
- Wczoraj graliśmy z … - nie zrozumiałam - ale niestety przegraliśmy. 1:2.
- Uuu-hm - to było stare, poczciwe ‘uhm’ tylko w wersji smutnej.

Przyszedł pan wózkowy. Uwielbiam panów wózkowych. Panowie wózkowi mają to do siebie, że są starsi, zazwyczaj wyglądają na ludzi z przeszłością robotniczą i mają wózki. Ale nie ładne, nowe wózeczki. To są wózki… Zabytkowe można-by rzec. Można-by, gdyby nie to, że o zabytki się dba. A wózki zadbane nie są. I charakterystyczne dla wózkowych jest to, że właściwie nie dają człowiekowi szans na kupienie czegokolwiek: wygląda to tak, że pan wózkowy przechodzi, mrucząc pod nosem “coś z wózka?”, a gdy człowiek podniesie głowę to pan wózkowy jest już daleko. Ten pan wózkowy nie był wyjątkiem. Wyjątkiem była za to starsza kobieta siedząca w pobliżu, która zaczęła go gonić. Dogoniła. I kupiła. Kawę. Tzn. plastykowy kubek kawy za 3,50 zł. Zdzierstwo!

Tymczasem Murzyn:
- Masz komputer?
- Tak.
- A internet?
- Uhm.
- Stały?
- Uhm.
- Wiesz, niestety mój komputer się popsuł.
- Uhm.
Murzyn chyba pomyślał, że nie zrozumiałam bo zaczął udawać psujący się komputer co było na tyle zabawne, że mnie rozśmieszyło. Murzyn chyba pomyślał, że… No nie wiem co pomyślał. W każdym razie powiedział:
- No niestety, bo tak to moglibyśmy na gadu-gadu pogadać albo coś.
Gdybym to ja kupiła ta kawę od wózkowego to właśnie w tej chwili kawa wylądowałaby na podłodze.
- Uhm - powiedziałam.
- Ale mam telefon.
- Uhm…
- Dasz mi swój numer?
- Masz na myśli… numer telefonu?
- Tak.
- … - intensywne myślenie.
- Jeśli nie to po prostu powiedz, że nie.
Naiwnie uwierzyłam i powiedziałam:
- No więc nie.
- Nie? Dlaczego?
(Kocham to pytanie.)
- Bo… nie mam w zwyczaju dawać telefonu ludziom z ulicy, ludziom których nie znam.
- Ale ja nie jestem człowiekiem z ulicy! Powiedziałem ci mój zawód, powiedziałem co jak mam na imię - faktycznie powiedział na początku, ale i tak nie zrozumiałam (to było coś jak Mmmubmbnb, albo jakoś podobnie)- znamy się!
- Nie. Dla mnie jesteś obcy człowiekiem.
- Bo jestem Murzynem, tak?
- Nie.
- Tak, to dlatego że jestem czarny. Boisz się mnie bo jestem czarny.
- Nie.
Murzyn zrobił smutne oczy i kontynuował:
- Tak, nie chcesz mi dać numeru bo jestem czarny…
- Nie. Dla mnie mógłbyś być nawet biały, czy… niebieski. I tak bym ci nie dała numeru.
- Tak?
- Tak.
- Nie.
Stwierdziłam, że dalsza dyskusja nie ma większego sensu. Murzyn chyba też, bo zmienił tor natarcia (zwrot i wartość zapewne też zmienił).
- Więc… pewnie masz chłopaka i się go boisz. Na pewno tak jest.
Moje zwoje mózgowe zaczęły intensywnie pracować. Tak naprawdę nie mam chłopaka, ale pod wpływem chęci zakończenia konwersacji i ciekawości co zrobi mój rozmówca powiedziałam:
- Tak. Mam chłopaka.
- A więc… Dobrze.
Po niedługiej chwili ciszy, Murzyn odezwał się ponownie:
- Przeprasza, ale mój kolega woła mnie żebym z nim usiadł.
- OK - powiedziałam.
- A więc muszę iść.
- Uhm, żaden problem.

I poszedł.

_________________________________________________________
To już jest koniec historii. I powiem, że jeszcze jedna taka akcja i zostanę rasistą. A co!

Opublikowany w: on 5 maj 2008 at 11:10 przed południem Komentarze (6)
Tags: ,

Ej no ludzie!

Zaraz normalnie uwierzę, że jesteście jeszcze mniej kreatywni ode mnie (co wydaje mi się niemożliwe, ale że nie ma rzeczy niemożliwych, to w gruncie rzeczy jest całkiem możliwe)! Proszę bardzo wchodzić na http://apiliszek.wordpress.com/2008/04/05/co-chcial-powiedziec-autor-xd/#comment-65
i się wykazywać! Już! W tej chwili! Amen.

Opublikowany w: on 4 maj 2008 at 6:42 pm Komentarze (0)
Tags:

Murzynek Bambo

Na początku chcę zaznaczyć, że jest to historia prawdziwa. Jest to też część mojej podróży do Łodzi. Jest to jakby nie patrzeć część mojego życia albo też podróży wiekuistej. Jak kto woli. Najważniejsze jednak że jest to cholernie śmieszne. xD

Do pociągu weszłam z siostrą. To ja miałam nim jechać, ale że do odjazdu pozostało ponad 30 minut, postanowiłyśmy jeszcze się nie żegnać. Zajęłam miejsce, na sąsiednim położyłam plecak i na stojąco wymieniałam z kuzynką ostatnie uwagi.
W czasie naszej zajmującej rozmowy wagon powoli się zapełniał - nigdy jednak nie osiągnął stanu nasycenia. Wchodzili kolejni podróżni: starsza kobieta, metal z nieszczelnymi słuchawkami, grupa Afrykańczyków z jednym białym, młoda dziewczyna w różowym płaszczu (który wyglądał jakby był z plastyku) i dwóch Murzynów. Nie zrobiło się jednak ciasno: pociąg był duży, wolnych miejsc też dużo.
Zostało ok. 10 minut do odjazdu. Justyna (wcześniej kuzynka, siostra) wyszła. Dzielnie postanowiła wyjąć książkę do biologi z godnym podziwu zamiarem uczenia się do klasówki. Nie tylko postanowiła! Nie tylko wprawiłam myśli w czyny (wyjęłam podręcznik)! Ja nawet otworzyłam biologię i zaczęłam czytać! (Tak, czasami nawet samą siebie zachwycam). Plecak pozostawiłam na pustym siedzeniu obok. Nie zdążyłam jednak zgłębić chociażby połowy strony tajników wiedzy o tkankach kostnych, gdy usłyszałam głos “Do you speak English?”. Uniosłam głowę, aby zidentyfikować mówcę, którym okazał się być jeden ‘dwóch Murzynów’.
-Yeah… - odpowiedział lekko zirytowana (ja już tu się chce uczyć, a ktoś mi bezczelni przeszkadza!), ale bardziej zaciekawiona.
- So, can I seat with you?
W pierwszej chwili nie zrozumiałam o co Murzynowi chodzi. Zaraz jednak użyłam mojej nadzwyczajnej inteligencji i załapałam.
-No więc… tak. - zgodziłam się. Zastanowiło mnie to pytanie, ale pomyślałam, że może przyzwyczajony do afrykańskich prerii człowiek (z zamulonego akcentu wydedukowałam że gość jest z Afryki) potrzebuje więcej przestrzeni, a tak się złożyło że miejsce moje i sąsiednie było odosobnione od pozostałych (przed nimi nie było kolejnych, więc np. można sobie było rozprostować nogi). Z taką myślą powróciłam do lektury o tkankach.
- Jak mas na imie? - Murzyn
- Agnieszka - odpowiedziałam bez większego namysłu.
- A tamta dziewczyna? To kto był?
- Moja kuzynka.
- Uhm… Mieszkasz tu, w Łódź?
- Nie.
- W Warszawie?
- Nie, koło.
- Koło?
- Tak, koło Warszawy.
- Uhm.
Krótka przerwa i moja godna pożałowania próba powrotu do biologii, polegająca na gapieniu się w tekst i czytaniu po pięć razy tego samego zdania.
- Jesteście students*?
- Tak. Nie. Ona tak, ja nie.
- Nie? To co robisz w życiu?
- Uczę się w szkole średniej…
- Ile masz lat?
Chwila namysłu z mojej strony. Możecie pomyśleć (znając mnie i moją nadzwyczajną bystrość), że zastanawiałam się czy podać swój wiek, czy to aby rozsądne, czy może lepiej podać jakiś inny wiek, etc. Ale nie! Ja intensywnie myślałam nad tym ile to ja mam lat.
- 17, tak przynajmniej sądzę.
- Oooo, jesteś taka młoda!
- ^^ - to chyba wyraziło wszystko, bo Murzyn ucichł.
Kolejne minuty poświęcona biologi. (Swoją drogą po tak długim czasie spędzonym nad książką muszę dostać 5 z klasówki.)

- A gdzie się uczysz? - Murzyn ku mojej wielkiej i nieskrywanej radości (^^) się przełamał.
- W Warszawie.
- Aha, czyli wynajmujesz mieszkanie gdzieś, tak?
- Nie.
- A więc… codziennie dojeżdżasz do Warszawy?
- Tak.
- A nie chciałabyś zamieszkać gdzieś w centrum? Ja np. mam mieszkanie …
- Nie! Ja… nie lubię Warszawy! - jak teraz sobie ten moment przypominam, to dopuszczam do siebie myśl, że mogło to wyglądać trochę panicznie. Ale tylko trochę.
- Nie? Dlaczego? - powiedział Murzyn tonem ‘i-tak-ci-nie-wierzę-ale-jestem-ciekawy-co-odpowiesz-spryciarzu’ (tak naprawdę wcale nie jestem pewna czy to był właśnie ten ton, bo jak już wcześniej wspominałam mój uroczy rozmówca obdarzony był nieco zamulonym akcentem - wszystko co mówił było takie … wymemłane).
- Ja… nie lubię dużych miast. - inteligentna odpowiedź
- Dlaczego? - ten sam ton.
- Bo one są… dla mnie za duże. - nie ma co. Cięta riposta z mojej strony.
- Uhm. - tym razem ton można określić jako ‘bardzo-sprytne-ale-…’

Ucichł na chwilę co wykorzystałam ponownie zagłębiając się w lekturze, która stawała się coraz nudniejsza. Siedziałam jednak prawie bez ruchu, gapiąc się z wielce zafascynowaną miną w obrazki (na szczęście były obrazki!). Nagle, ujrzałam ruchomy obrazek: oto wielki, czarny palec sunął po kartce. Nie zdążyłam nawet krzyknąć, gdy do ruchomego obrazka dołączył dźwięk (i tak powstały filmy z dźwiękiem). Głos mówił: “możesz to dla mnie wymówić?”** W tym samy czasie palec dotarł już do swego celu - słowa ‘FUNKCJE’.
- Wymówić… ? ale jak to? - znów błysnęłam inteligencją.
- Tak wymówić.
- Aaaa wymówić! Tak mogę. Funkcje.
- Funkie, funkcie. Dobrze?
- Tak.
Chwila milczenia i mój (tym razem niepewny) powrót do książki.
- Często chodzisz na dyskoteki? - zgadnijcie kto…^^
- Nie!
- Nie? Dlaczego?
- Bo… nie lubię dyskotek. - ponownie wspinam się na wyżyny moich możliwości.
- Nie? Dlaczego? - on wcaaale nie był nudny… ani natrętny!
- Bo… bo nie ;]
- a może gdybyś częściej chodziła to byś polubiła. Ja dzis z kolegami idę na przykład i…
- Nie sądzę.
Tym razem nawet nie zdążyłam ponownie otworzyć książki, gdy do mych uszu dotarło kolejne pytanie.
- Palisz?
- Nie.
- Nie? Dlaczego?
Jak mi ktoś powie w najbliższym czasie “nie? dlaczego?” to zamorduje…
- Bo nie… Jestem za młoda - haha.
- Hmm… Widziałem wiele młodych dziewczyn tu w Polsce, które paliły.
- Ale ja nie.
- A jak dorośniesz to będziesz palić?
- Nie.
- Nie? Dlaczego?
- Po prostu nie chcę.
- Ahm. Ale chyba pijesz? Tu w Polsce wszyscy piją…
Śmiać mi się zachciało i powiedziałam tylko:
- Nie nałogowo.

Ponownie biologia. Ponownie zostaje brutalnie przerwana moja nauka.
- Zawsze chciałem się nauczyć polskiego.
Ponownie czuję irytację połączoną z ciekawością. Ciekawość zwycięża. Unoszę głowę znad książki.
- Uhm?
- Moi koledzy mówili że jest za trudny.
- Uhm. To prawda że jest trudny.
- Ale ja i tak bym się chciał nauczyć.
- Uhm.
- Najlepiej to by było jakbym miał dziewczynę Polkę. To bym się najszybciej nauczył.
- Uhm - mówię. ‘Co za debil’ - myślę.
- Ale niestety nie mam dziewczyny.
- Uhm - mówię. ‘Jakież to przykre’ - myślę.
- A ty mogłabyś mnie nauczyć polskiego?
- … No więc… tak, chyba tak.
Chwila ciszy.
- Aaa … jakie słowa chcesz poznać? - tym razem to ja podtrzymuję rozmowę.
- Wszystkie. Ale kilka już znam: ja ciem lubije. ***
__________________________________________________________
Ciąg dalszy nastąpi…
(Chyba że umrę, poważnie ucierpię w dowolnym wypadku, poważnie ucierpię bez wypadku (a i tak się zdarza), komputer mi się spali, dom zawali, monitor wysiądzie, oczy albo każda inna część ciała się popsuje, rodzice dadzą mi szlaban na kompa albo nie będzie mi się chciał - w przypadku ostatnim zezwalam na działanie argumentami siły dla tych którzy chcieli by więcej.)

__________________________________________________________
*Nie do odtworzenia po polsku. Mi słowo students skojarzyło się ze studentami i stąd całe nieporozumienie (chociaż wiadomo że student to każdy uczeń)…

**Wyszło jeszcze głupiej niż w oryginale. Otóż Murzyn w swojej prośbie użył czasownika ‘pronounce’.

*** to co jest napisane kursywą to było powiedziane po polsku.

Opublikowany w: on at 2:05 pm Komentarze (4)
Tags: ,

Oświadczenie:
Z powodów zdrowotnych nie jestem w stanie pisać na komputerze, zwłaszcza długich tekstów.

Komentarz do oświadczenia:
Sprawa wygląda tak, że mój łokieć się zbuntował i boli. Podobno od stukania w klawiaturę. Wiem że mogłabym użyć klawiatury systemowej i klikać myszką, no ale… blebleble… chyba mi się nie chce xD

Teksty powstają na papierze.

Opublikowany w: on 26 kwiecień 2008 at 6:00 pm Komentarze (2)

Murzyn

Murzyn poprosił mnie o numer telefonu, odmówiłam, więc oskarżył mnie o rasizm. (szczegóły dostępne prywatnie po wcześniejszej rezerwacji terminu xD) Bywa…
I czuje się zdyskryminowana.

Opublikowany w: on 21 kwiecień 2008 at 2:07 pm Komentarze (8)
Tags: , , , ,

Desiderata

Dla tych co nie słyszeli. A i ci co słyszeli też się raczej nie obrażą. ;)

Desiderata

Opublikowany w: on at 1:58 pm Komentarze (2)
Tags:

Dziadki

Oni byli młodzi. Być może gdzieś w ich wnętrzach kryją się jeszcze młodzieńcze serca łaknące zabaw i uciech.

Spójrzmy:

1.

Dziadek1

2.

Dziadek2

Czy w ich twarzach, oczach można dostrzec dzieci? Dla mnie Dziadek1 wyraża tęsknotę. Ponurą tęsknotę. Nie wiem za czym, nie wiem za kim. Natomiast Dziadek2… ma coś w oczach. Ma tam radość. Radość dziecięcą. Dostrzegam w nim więcej tej radości niż w niejednym człowieku w średnim wieku. Podobno ludzie na starość dziecinnieją :)

Może to dziwne, niezrozumiałe, ale dla mnie o ich pięknie stanowią ich zmarszczki. Tam, na ich twarzach odbiło się całe ich życie. Nie zawsze szczęśliwe, ale piękne życie.

A Wy jak myślicie, co w nich świadczy o minionej młodości, o radości, o pięknie?

Opublikowany w: on 13 kwiecień 2008 at 12:00 pm Komentarze (1)
Tags: , ,

człowiek

Człowiek jest dziwny. Jak już gdzieś napisałam, jest ‘bytem ponad konieczność’, którego tworzenie zawsze obarczone jest pewnym ryzykiem. Ale czym byłby tort, nawet najwspanialszy, bez tej ostatniej wisienki więczącej dzieło? Zwykłym tortem.

Podobnie świat nie miałby w sobie tego czynnika, który próbuje wyłamać się z obowiązujących w nim [świecie] praw, który zaburza odwieczną harmonię i tworzy własną (lepszą?), który pyta. Pyta i myśli i rzadko znajduje odpowiedź, i tylko i wyłącznie po to aby zadać jeszcze więcej pytań. Nie ma w tym sensu w rozumieniu klasycznym. Nie daje mu to nic poza niezdefiniowanym rozwojem duchowym i własną satysfakcją.

Dziecko. Dziecko pyta instynktownie. Poznaje. Ale to dziecięce poznawanie ma określony cel: nauczenie się rozpoznawania niebezpieczeństw. Człowiek młody chce (ale już nie musi; nie nakazuje mu tego instynkt tylko on sam sobie) ‘zaznać życia’. Próbuje wszystkiego, ryzykując, że nie jest to dobre. Nie ma w tym sensu. Człowiek dojrzały jeśli juz poznał co miał poznać zazwyczaj ustatkowuje się. Wie czego chce  i to robi. Chyba że dzieje się inaczej. Człowiek stary poznaje to czego tamci jeszcze nie poznali (poza szczególnymi przypadkami). Człowiek stary umiera.

Pozornie bezsensowne zachowania ludzkie (”ja tego nie zrobię, bo ona też nie !”) mają swój sens. Na pewno. Może domyślamy się go. Może w ogóle się nad nim nie zastanawiamy. Ale on jest. Czy bowiem życie ma jakikolwiek sens jeśli kończy się śmiercią? Właściwie, jakie znaczenie ma żywot jakiejś surykatki żyjącej na Madagaskarze? On nic nie zmienia. On i żywoty innych zwierząt, rośliny i żywioły są tylko i wyłącznie dla nas. Umożliwiają nam nie tylko przeżycie, ale również (a może przede wszystkim!) refleksje nad istnieniem. A człowiek? Jego życie, jak już wspomniałam, nie ma sensu w klasycznym mniemaniu (nie jest niezbędny; poszczególne zachowania są niekonieczne). Więc… może to śmierć ma sens, a życie ma pozwolić nam jedynie umrzeć?

Opublikowany w: on 11 kwiecień 2008 at 6:23 przed południem Komentarze (2)
Tags: , , , ,

AAaaaaaa!

Dentysta. Wyraz jak każdy inny, chyba że trzeba dentystę odwiedzić. Wtedy na samą myśl o nim czujemy się, delikatnie mówiąc, spłoszeni. Może nie wszyscy, ale większość, a jeśli nie większość to ja.

Kiedy przed paroma dniami, dane mi było usłyszeć od mej czcigodnej rodzicielki “Agaaa! Idziesz w poniedziałek do dentysty!” zawładnęła mną chwilowa panika. Ale tylko chwilowa, bo zdołałam otrząsnąć się i zapytać na którą godzinę została zaplanowana wizyta. Usłyszawszy iż na 14:00 z błogą radością w sercu, a wielkim żalem wymalowanym na twarzy powiedziałam: “Matko ma, niemożliwością jest abym stawiła się o tejże godzinie w gabinecie dentystycznym, gdyż z tego co wiem to mam w tym czasie lekcje.” O naiwności! O czysta i nieświadoma jest ta, która nie wie, iż Rodzice w zmowach są różnorakich, a jedna z tych umów nieczystych ze stomatologami zawartą jest! Tak więc mama od razu zaoferowała mi, że napisze mi zwolnienie (czy tego chce czy nie) i nic nie zdały się tłumaczenia, że mam w tym czasie bardzo ważną lekcje historii (wszystkie lekcje historii są dla mnie bardzo ważne …). Najgorszym jednak było to, że do dentysty miałam udać się z moją 5-o letnią siostrą, która “nie wiem co to ból, nie wie co to strach, nie wie.. nic”. Zostałam więc postawiona w sytuacji wyboru tragicznego. Z jednej strony (gdybym ‘rozchorowała’ się przypadkiem i jednak nie mogła pójść) czekała mnie utrata autorytetu w oczach dziecka krwią z krwi mej matki, a z drugiej… DENTYSTA. Jako że od dzieciństwa wpajano mi wartości najwyższe których bronić bezwzględnie należy zdecydowałam się zachować honor.
I oto stanęłam dziś przed drzwiami gabinetu trzymając siostrę za rękę, aby jej dodać otuchy (JEJ!). Czasami zastanawiam się czy lepiej wejść prosto z marszu w paszcze lwa i nie zdążyć nawet się poważnie zestresować czy lepiej jak ofiara przed nami przedłuży swój pobyt w tym pokoju bólu, dając nam czas na mentalne przygotowanie (polegające głównie na słuchaniu melodyjnych krzyków poprzeplatanych z brzęczeniem wiertła, co razem daje niepowtarzalną kompozycje ( a gdy doda się do tego jeszcze ten jakże charakterystyczny zapach… hm…).

Tym razem czekałam. Na szczęście na tyle krótko, że byłam w stanie wejść na fotel o własnych siłach. Pani stomatolog zaczęła od misji zwiadowczej, po czy stwierdziwszy, że ma sporo możliwości do ataku, zapytała mnie czy pragnę znieczulenia. Wykrzyknęłam aprobatę, czując że jeszcze nie wszystko stracone. Może żniwa Bólu nie będą aż tak obfite.
“Byłaś już znieczulona, tak? Co prawda nie ma tu zapisu, że byłaś, ale przy tym leczeniu kanałowym musiałaś…” - rzekła pielęgniarka (sługa diabła).
“Nie. Nie byłam.” - odpowiedziałam, czując że ktoś mnie kiedyś oszukał mówiąc “nieee… przy takich zabiegach się nie znieczula”.
Pani pielęgniarka wyraziła swoje głębokie niedowierzanie poprzez serię okrzyków ‘niemożliwe! Ach, niemożliwe.’.
Czułam, że początek jest już blisko. Tam to było jedynie wstępem. Wstępnym szacunkiem strat.
Zaczęło się. Trwało ok. 30 minut po czym nie wiedząc co ze sobą zrobić skończyło się.
Przebieg bitwy nie był krwawy i nawet jeśli i po mojej stronie były trupy to umierały szybko, nie cierpiąc (znieczulenie zrobiło swoje). Lecz było coś co napełniło me serce żalem. “To teraz dwie godzinki nie jedz nic i nie pij, dobrze?” - usłyszałam gdy już prawie zadowolona wychodziłam. Załamał się mój świat, bo choć fizycznie cała i zdrowa, to moje wnętrze stało sie uboższe.

_____________________________________________________________

Interpretacje piszcie aż do dnia w którym powiem, żeby już nie pisać.

Opublikowany w: on 7 kwiecień 2008 at 2:55 pm Komentarze (9)
Tags: , , , ,